21.02.2007 godzina 3:19 - Pociąg TLK zabiera mnie z Częstochowy do Krakowa i tym sposobem rozpoczynam około 33-godzinną podróż w tropiki. 3 godziny jazdy, 50 minut czekania w mroźnym Krakowie (nie brałem ciepłych rzeczy oprócz polara, bo poza Krakowem i Pragą nie byłyby mi potrzebne). Kolejne 6 godzin jazdy pociągiem do Pragi.
Bilety na trasie Praga - Singapur kupiliśmy za niecałe 600 Euro w dwie strony. Na tamte czasy i przy tamtejszej naszej znajomości tematu - to był sukces. Niestety są dwa myki. Po pierwsze bilety kupowaliśmy w czeskim biurze CSV, które już nie istnieje, po drugie tańszą cenę uzyskaliśmy dzięki karcie ISIC. Lot odbywał się na trasie Praga - Singapur z przesiadką w Zurychu (po Europie jakiś ciasny Boeing, potem Airbus A340-300) i międzylądowaniem w Bangkoku. Sorry, za mało szczegółów, ale na te czasy moje zainteresowanie liniami lotniczymi i samolotami było po prostu dużo niższe.
W Pradze na dworcu wymieniłem nieco pieniędzy i poszukałem kafejki internetowej, by dać znać, że żyję. Miałem dużo czasu wolnego, więc plecak trafił na plecy, aparat do ręki i na czuja ruszyłem na stare miasto. Dotarłem prawie do zamku na Hradczanach i tam postanowiłem wskoczyć do metra. Praga na szczęście była ciepła. Następnie autobus i już byłem na lotnisku.
Na lotnisku w Zurychu musiałem się spieszyć, bo miałem niewiele czasu. Samo lotnisko jest chyba najładniejszym na jakim byłem.
Na lotnisku próbowałem przekonać celniczkę, że powinna zezwolić mi na pobyt dłuższy niż 30 dni (Polaków nie obowiązuje wiza na pobyt do 90 dni, ale trzeba pokazać bilet powrotny), niestety była niewrażliwa na mój urok. Tuż przed wyjściem jeszcze mój bagaż (ten z luku bagażowego) przeleciał przez rentgen i już byłem "oficjalnie" w Singapurze. Szukałem Mathew trzymającego tabliczkę z moim nazwiskiem, ale nie było tak dobrze... Trochę pochodziłem po lotnisku, aż wpadłem na pomysł, że może Mathiew nie wie kogo odbiera i trzeba mu pomóc. Podskoczyłem do punktu informacyjnego i poprosiłem uroczą (i to jeszcze jak ;>) Azjatkę o wywołanie Mathew (nawet chciała do niego zadzwonić, ale nie miałem numeru). Wywołany Methiew się nie pojawił... Jeszcze nieco pobłądziłem i moim uradowanym oczom ukazali się Igor(sk) i Nikola(cz), których Mathiew poprosił o odebranie mnie z lotniska. Wsiedliśmy do taksówki i ruszyliśmy do akademików. Od razu poczułem gorące i duszne singapurskie powietrze. Taksówka na szczęście klimatyzowana. Na miejscu Bartek przyniósł mi zakupiony w spożywczaku pakiet startowy (chleb, masło z pentagramem i ser), Nikola wręczył prezent od politechniki, a Aga dała mi kartę na pływalnie. Z Nikiem obaliliśmy "na zdrowie" po kieliszku czeskiego destylatu domowej roboty, rozpakowałem się i do łóżka. Było około północy, a planowaliśmy o 8:00 wyskoczyć do ogrodu botanicznego.
Rzutem na taśmę:
Prezent od politechniki - kielonki:
Z Nikiem chcieliśmy się przywitać, a nie było w czym... Jednak Polak i Czech potrafi. Z politechniki dostaliśmy prezenty - kilka broszurek i spinacze do papieru. Spinacze średnio przydatne, natomiast pudełko po nich jak najbardziej :P
I ty człowieku nie piłeś w finlandii (jak jeszcze tam byłem) wstyd i na zdrowie :P
OdpowiedzUsuń