16 wrz 2014

II Cross Zapaleńców - bieg z przeszkodami i jajem


10 km po bardzo trudnej trasie. Żeby było ciekawiej okraszono je 21 przeszkodami - jedne łatwe, drugie trudne, wszystkie z jajem. Na mecie i w pakiecie "na bogato" i ta atmosfera... O tym wszystkim w dalszej części posta.






Rok czekania na tą imprezę to stanowczo za długo, ale w końcu nastał ten 14 września. Wtedy to najechaliśmy na Mykanów w składzie Annika, Sis i Grzechu by znowu zmierzyć się z Crossem Zapaleńców.

W biurze zawodów do podpisania dokumentów, jak w przysłowiowym NFZ-cie, aż szukaliśmy, czy jeden z nich to nie testament :P. No cóż, trasa wymagająca, więc dokumenta grzecznie podpisujemy. Każdy otrzymał bogaty pakiet startowy, numer, agrafki i... rękawiczki "wampirki" twarzowo niebieskie - będzie się działo. W pakiecie miedzy innymi chyba najfajniejsza koszulka techniczna, jaką mamy z biegów.


Kilka słów o trasie: biegliśmy 10 km po polach, lasach, rowach, błotach i chaszczach. Bieg organizował strażak, więc były podejrzenia, że błota wężem strażackim wykonane, a tu błota były naturalne i obfite.

Właściwie trasa w tej postaci już by była trudna i wykańczająca, a tu na niej wyrosło 21 przeszkód. Nam w pamięci najbardziej zapadły:

Chochoł - tu w postaci zmaltretowanej przez zawodników.  


Równowaga, to podstawa - na górę i w dół i jeszcze raz na górę i w dół po równoważni szerokiej na buta.

Szalony sen wariata - tu można się było poczuć, jak w zamku strachów na wesołym miasteczku, bo nas straszono. Przeszkoda bardzo wymagająca dla mięśni brzucha, bo ciężko się biega rechocząc ze śmiechu. Niektórzy wybiegali z pamiątką w postaci sztucznej krwi tu i ówdzie. Sis myślała przez całą drogę, że gdzieś się haratnęła i że krew jest prawdziwa i była dumna z siebie, że bólu nie czuje. Grzechu na mecie sprowadził ją na ziemię :).

Kocur - ścianka 3 metrowa ze szczebelkami, którą pokonujemy sposobem "wlazł kotek na płotek". Robi wrażenie.

Linoskoczek, Janosik, W matni - jest rów i trzeba go po wielokroć przejść: albo przy pomocy mostku linowego, albo mostku z siatki, albo tak po prostu z buta. 

Alcatraz - pokonujemy drut kolczasty metodą "pod drutem". Grzechu za wysoko trzyma plecki i ma mini szramę, którą nosi z dumą.

Zielony mosteczek - trzeba przejść po owym mosteczku. Myk w tym, że zrobiony jest on z drabinki sznurowej, więc mamy do czynienia z konstrukcją iście chybotliwą. Do pomocy mamy linkę chybotliwą bardziej. Trochę się tu kolejki porobiły, bo zadanie wymagające, ale fajne.

Bunkier - w Mykanowie i okolicach jest kilka kochbunkrów z 1944 roku z niemieckiej linii obrony B1 (tak, tak o nich tez kiedyś napiszemy więcej, jak pojeździmy tu i tam z aparatem na rowerze). Przy jednym z bunkrów była siatka, którą trzeba było pokonać pod spodem.

Dżdżownica - z daleka widać rozłożoną na ziemi plandekę i się człowiekowi myśli kłębią: po co  ona. Może będzie trzeba po niej przebiec, a ona śliska, gorąca, czy jakaś taka. Z bliska tajemnica się wyjaśnia - pod plandeką jest rów - znowu się czołgamy.

Karoce teściowej - a co będziemy pisać - sami zobaczcie :)


Wally - ścianka 3 metrowa, tym razem prawie płaska, a pokonujemy ją za pomocą liny. Grzechu z Wallym się szczerze zaprzyjaźnił i za Wallym tęskni :)

 
Pan Samochodzik - Cinquecento i Favoritka w stanie mocno wskazującym na zużycie. Trzeba było po nich przebiec i można się było nieco na nich wyżyć za te trudy, błoto i jeszcze raz błoto :).



Poza powyższymi było jeszcze kilka drewnianych i siatkowych dziwactw do przebycia górą, lub dołem. Była też pajęczyna z folii, chmara opon i dzikie nierówności tuż przed metą. 

Na mecie każdy był wyczytany, mocno zdopingowany i ciepło przywitany. Tu kończyły się trudy, a zaczynał się piknik, czyli suto zastawione stoły i przepyszne kiełbasy, które trzeba było sobie upichcić na ognisku (strachu nie było, bo gdzie nie spojrzeć tam strażak). 

Atmosfera była najlepsza z możliwych. Tak to już chyba bywa na tych imprezach, gdzie organizatorzy wkładają dużo serca.

No i nadszedł czas dekoracji zwycięzców. Wśród kobiet Annika i Sis uplasowały się kolejno na drugim i trzecim miejscu. Grzechowi natomiast się poszczęściło w losowaniu, więc też z pustymi rękami nie wyjechał.   

Zwyciężczynie w kategorii OPEN kobiet

Zwycięzcy w kategorii OPEN mężczyzn

Tak rozmawiamy sobie wieczorem i jednogłośnie uznaliśmy - to był najfajniejszy bieg w tym roku. Teraz, gdy piszemy ta relację, na serio chciało by się tam zajrzeć jeszcze raz i nieco się potarzać, powdrapywać. Zatem, jak to zwykliśmy pisać - my tu jeszcze wrócimy :)

1 komentarze:

  1. musiała być to na prawdę niezła zabawa :) pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń